wtorek, 24 lutego 2009

Back on Track!

12 dni minęło od mojej ostatniej notki

3 egzaminy połówkowe zdałem w międzyczasie. W ten sposób życie postanowiło mi przypomnieć, że przyjechałem tu na studia.

8 razy wychodziłem przez te 12 dni wieczorami (na imprezy, świętowanie Tłustego Czwartku itp.) i dlatego brakło mi czasu na pisanie notek

4 desery lodowe zjadłem z okazji Tłustego Czwartku. Pączków tu nie ma.

9 dni trwa mój Recess Week, który zaczął się w sobotę. Zajęć nie ma, wszyscy powyjeżdżali.

3 gości teraz mnie odwiedza, dwóch już jest, trzeci ląduje za 1,5 h (jeśli pilot Turkish Airlines trafi do Singapuru)

2 butelki Tyskiego prosto z Polski dostałem od gości, którzy jednocześnie potwierdzają beznadziejność tutejszego ulubionego piwa Tiger.

4 dni jedziemy spędzić na Filipinach

3 osoby pracujące dla Czerwonego Krzyża zostały porwane na Filipinach 4 tygodnie temu. Więcej napiszę po powrocie – wizyta na Filipinach zdecydowanie może pomóc podnieść jakość bloga.

2 miesiące mieszkamy już w naszym apartamencie, ale wciąż nie mamy podpisanej umowy najmu (to jedna z tych informacji, których nie przekazujcie moim rodzicom)

9.00 rano to godzina, o której zaczynają się tutaj wielkie imprezy, które są transmitowane na żywo z USA. Dlatego do śniadania obejrzałem już Golden Globes, Oscary, Superbowl i NBA All-Star Game. Zdecydowanie jedna z największych zalet Singapuru.

25% - o tyle umocnił się dolar singapurski względem złotówki, od kiedy tutaj przyjechałem. I oczywiście akurat wypada dzień płacenia czynszu.

25 osobom wyznał już miłość Carlos, od kiedy tutaj przyjechał. Bez względu na rasę, wygląd czy płeć. Kosmopolita!

5 klubów/pubów/barów odwiedziliśmy podczas Bus Pub Crawl Party, w trakcie której wozili nas dwunastoma pełnymi studentów autobusami po Singapurze.

5.35 – o tej godzinie zadzwonił do nas Carlos mówiąc, że nie wie, gdzie pojechał po imprezie i że chyba jest teraz w Malezji.

7 tygodni zajęło Adamowi zorientowanie się, że chodził do złej grupy na Business Processes. Oczywiście w międzyczasie narzekał, że dostaje maile od jakiegoś obcego profesora, z którym nie ma żadnych zajęć.

10/10 punktów na Unintentional Comedy Scale zdobyłaby klasyczna scena poznawania Chińczyków. Przykładowy dialog:
- Hi, my name is Maciek, nice to meet you.
- Hello, my name is Kwan Pei Yee Lin but you can call me Jack.

czwartek, 12 lutego 2009

2009 - Year of the Ox

15 dni trwają tutaj obchody Chińskiego Nowego Roku, więc zakończyły się dopiero niedawno. Udało mi się zaliczyć obiad u prawdziwych Singapurczyków (rodzina Joyce), zjeść sporo tutejszych dań, obejrzeć paradę, dostać 2 dolary (taka tradycje) i wręczyć 2 pomarańcze gospodarzom wspomnianego obiadu (symbol prosperity, a wręczać trzeba koniecznie dwie!)

14 ostatnich dni spędziłem w Singapurze. To mój rekord jak do tej pory.

101 – sygnatura przedmiotu, który realizuje jeden z Amerykanów (Management Communication). Na tym przedmiocie Amerykanin uczy się, wraz z pierwszorocznymi Chińczykami, jak pisać nieformalne listy po angielsku i jak się sprawnie komunikować w tym języku. Za pierwszy test dostał A!

27-23 dla Steelers to wynik Superbowl 2009, który oglądaliśmy na żywo w amerykańskim barze (amerykańskość baru polegała na tym, że podawano duże porcje tłustego i niezdrowego jedzenia i były nieograniczone dolewki Pepsi) w centrum Singapuru. Trzeba było wstać o 6.20, ale to i tak lepsze niż zarywanie nocy do 5 rano w Polsce.

$20 kary płaci się za jazdę bez biletu (bilet kosztuje koło $1,20). W dodatku przez ponad miesiąc ani razu nie widziałem kontroli… A z ciekawostek to oni tutaj mają specjalne automaty właśnie do płacenia kar (wyglądają jak bankomaty). Ciekawe, jak one funkcjonują i kto tam płaci kary, skoro nie ma kontroli? Może społeczeństwo jest tak uczciwe, że każdy po jeździe na gapę sam z siebie płaci karę. Druga ciekawostka: w metrze są podwójne drzwi, tzn. jedne to drzwi do wagonu, a drugie są zamontowane na stałe na peronach i odgradzają perony od torów. No i oczywiście są upychacze w białych rękawiczkach.

6 chłopaków mieszka w moim apartamencie i dopiero niedawno zdałem sobie na dobre sprawę z tego, co to oznacza. Wiadomo, że jako męski skład mamy obniżone standardy czystości, więc jak nie ma gdzie zrobić przedimprezowej rozgrzewki, to wszyscy bez większych skrupułów zwalają się do nas.

1 jak Formuła 1, a konkretnie GP Malezji na początku kwietnia w KL. Cena biletu na jedną z lepszych trybun to prawie 500 zł. Ale akurat ta trybuna jest objęta zniżką studencką i za dobre miejsca przez 3 dni płacimy 90 zł. Jeśli ktoś ma dojście do Roberta Kubicy i może mnie wkręcić na afterparty, to byłbym wdzięczny.

3 kluby tworzą jeden z bardziej znanych singapurskich lokali – Zouk. I to są faktycznie oddzielne kluby, a nie tylko sale z inną muzyką. Wczoraj poszliśmy na Mambo Jambo Night i oczywiście nie obyło się bez zaskoczeń. Muzyka nie miała dużo wspólnego z prawdziwym kubańskim mango, bo leciała osobliwa mieszanka kawałków z lat 70, 80 i 90 (z Village People, Westlife, Backstreet Boys i Chumbawambą na czele). Ale to jeszcze nic, bo okazało się, że tutejsza społeczność ma swoją routine do każdej piosenki (i to bardziej skomplikowaną niż podnoszenie rąk do „get your hands up!”). Przynajmniej parenaście osób stało na podwyższeniach i np. układało ręce w znak serca gdy pojawiało się słowo „heart” albo „love”.
Tak naprawdę mieli gest dla każdej linijki każdej piosenki. Nie wierzycie? To znalazłem na Wikipedii (która jest jednym z trzech głównych źródeł mojej wiedzy obok Googla i mojej mamy):


Belinda Carlisle's Summer Rain
Step #1 Chorus: 'Oh my love, it's you...' Your move: Bring both hands together to form a 'heart' over your left bosom, then use your right hand to point at 'you'.
Step #2 Chorus: 'that I dream of...' Your move: Bring your right hand up and point to your right temple.


itd. Następnym razem nagram film.

$3,043,300 zarabia rocznie każdy minister w rządzie singapurskim. To około 7 mln. złotych i 5 razy więcej niż nasz człowiek w Białym Domu. Wiecie, tanie państwo…

piątek, 6 lutego 2009

Mythbuster...... not!

3 godziny trwają średnio spotkania z Chińczykami w sprawie projektów na zajęcia. Na palcach jednej ręki można policzyć konkrety, które tam padają. Nie wierzyłem nigdy, że Chińczycy pracują tak nieefektywnie – popatrzcie na wieżowce w HK, KL, Singapurze albo wiecznie dwucyfrowe tempo wzrostu PKB Chin. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego niby ludzie, którzy stworzyli to wszystko, mieliby być niezdolni do sprawnej pracy. Po paru projektach stwierdzam, że to prawda (to w ogóle niezły materiał na teorię spiskową – no bo ktoś musiał te wieżowce za tych Chińczyków zaprojektować. Jeśli zrobili to sami, to plany musiały powstać jeszcze w latach 40.). Trudno w zasadzie opisać, co jest nie tak w work ethic Chińczyków. Trochę nie rozumieją poleceń, trochę gadają od rzeczy, trochę nie potrafią znajdować informacji – sam nie wiem. Ale nie będę tutaj prezentował wszystkich moich opinii o Chińczykach, bo jeszcze mi Google zamknie bloga.

3 rzeczy z Bali, za którymi NIE tęsknię:
- zaśmiecona do nieprzytomności plaża i przede wszystkim woda. Nie można zrobić dwóch kroków w wodzie, żeby nie mieć jakiegoś papierka, torebki albo etykiety przyklejonej do nogi.
- setki ludzi nachalnie oferujących swoje usługi. Na plaży królują masażyści i sprzedawcy bransoletek, naszyjników, obrazków oraz strzał do łuku (!?!). W mieście natomiast wszędzie słychać „transport, transport”, „want a bike?” albo „cheap taxi”. 3 razy oferowano nam transport, chociaż właśnie wchodziliśmy już DO naszego hotelu. Co oni chcieli? Zanieść nas do pokoju?
- the Taser Guy, czyli gość, który stał przy jednej z wąskich uliczek i regularnie bawił się taserem, gdy turyści przechodzili obok niego. „Bawił się” czyli celował nim w ludzi i go włączał. Wyglądał na nieobliczalnego, więc chodziliśmy drugą stroną ulicy. W dodatku stał tam bez przerwy. Serio - 24/7. Niczego nie sprzedawał, więc jedyne, co mi przyszło do głowy, to to, że on stoi po jednej stronie ulicy i w ten sposób nagania klientów sklepom po drugiej stronie.

3 boki ma trójkąt (najczęściej). A najdziwniejszy trójkąt, w jaki jestem teraz wplątany (nie licząc tego z jednym z moich najbliższych znajomych i jego przerośniętym ego), składa się ze mnie, Polaka studiującego we Francji i rodowitego Francuza. Prywatnie, z Polakiem gadam po polsku, on z Francuzem po francusku, a ja z Francuzem po angielsku. Jak poszliśmy razem na lunch to oczywiście gładko przerzuciliśmy się na angielski, ale jednak jakoś dziwnie.

3 singapurskie przysmaki
- Mega McSpicy, czyli bułka, 2 naprawdę spore kawałki osssstrego kurczaka, trochę sałaty i jakiś sos. Innymi słowy – wymarzone junk food na godzinę 3.45 (od 4.00 serwują menu śniadaniowe). 6$
- McFlurry z Oreo’s. Nie trzeba mówić nic więcej. 2$
- Black Pepper Beef – cieniutko pokrojony, dobrze przyprawiony i serwowany na gorącej patelni, która skwierczy jeszcze przez kilka minut na stole. 5$

5 dni trwa teraz mój każdy weekend, bo zajęcia mam tylko we wtorki i środy

16 dni zostało do ferii i zarazem do pierwszych oficjalnych odwiedzin z Polski. Cel: Filipiny.

piątek, 30 stycznia 2009

Bali - tam i z powrotem

46 świeżych fotek jest tutaj
http://www.facebook.com/p.php?i=656414344&k=45A3P55SP5ZMZJBEWJWXP

4 kontynenty czytają mojego bloga! W lutym powinienem dotrzeć do Ameryki Pd. Wszystkich wybierających się do Afryki zachęcam do zalogowania się stamtąd. Niech to będzie blog globalny!

14 zł. kosztował taki obiad: spora bruschetta, wyborny stek w sosie z czarnego pieprzu z frytkami, wielka porcja banana split, woda i ręcznie wyciskany sok owocowy. Bali jest odpowiedzią na wszystkie problemy żywieniowe w Singapurze.

1200 osób zginęło w ostatnim wybuchu wulkanu na Bali. Jak to podsumował nasz kierowca „Volcano booooom. Lava everywhere. 1200 people – hahahah! Barbeque!”

20 żon miewali podobno Balijczycy zanim nie wprowadzono tutaj monogamii. I tu kolejna perełka od naszego kierowcy „one wife? boooring”

50 Australijczyków już o 19 szczelnie wypełniło hotelowy basen z barem z okazji Aussie Day

15 nagich chłopców kąpało się w rzece na trasie naszego raftingu; bezzębny tubylec, który płynął z nami, nazywał ich monkey people

4 metry miał taki miniwodospad na trasie raftingu. Inni nie popłynęli, ale my byliśmy twardzi.

8 razy podczas krótkiego wieczornego spaceru zaoferowano nam masaż (tutaj przykładowa konwersacja „-Where do you come from? -USA and Polandia. -You’re handsome! -Yeah, we get that a lot” )

3 razy podczas tego samego spaceru zaproponowano nam narkotyki. Dwa spostrzeżenia:
- marihuana jest tutaj surowo zakazana, ale na ulicach mnóstwo osób ją oferuje. Podobno cały proceder polega na tym, że gdy handlarz sprzedaje towar turyście, to już 20 metrów dalej czeka policja i zgarnia klienta.
- niektóre z mocniejszych rzeczy (X, speed, ‘shrooms) są tutaj najwyraźniej dozwolone. Tzn. są restauracje, które podają potrawy z „magicznych grzybków”.

2 razy grożono już mojemu współlokatorowi śmiercią. Ostatni raz był szczególnie interesujący, bo kolega rozmawiał w klubie z dziewczyną, a ona w drugiej minucie rozmowy wypaliła, że „czasami prosi kolegów, żeby kogoś dla niej zabili”.

4 – tyle razy zapytałem kelnera, czy Ayam (kurczak) jest boneless. Tyle samo razy kelner zapewnił mnie, że tak właśnie jest. I tyleż kawałków kurczaka z kością podano mi na talerzu. Wszystko dlatego, że tutaj kurczaka przygotowuje się w trochę inny sposób. Najpierw go jakby suszą, a potem po prostu ćwiartują i wrzucają do sosu, bez zabawy w filety, nóżki itd.

50 000 rupii kosztował nas bilet na jakieś dziwne przedstawienie z tańcem, kostiumami i dużą ilością krzyków w bardzo obcych językach. Z Amerykanami zgodnie stwierdziliśmy, że kultura masowa rządzi.

11 pięter miały terasy, na których uprawia się tutaj ryż. Uprawa ryżu to chyba ostatni temat, który jeszcze pamiętam z matury z geografii.

16 sklepów Quiksilvera naliczyłem w naszej dość małej turystycznej miejscowości o nazwie Kuta. Tak to jest, jak jest się mekką surferów.

25 osób zginęło w ostatniej katastrofie samolotu, za która odpowiada nasza linia Tigerair. Bilety były bardzo tanie, ale Tigerair jest na czarnej liście linii lotniczych oraz ma zakaz korzystania z przestrzeni powietrznej UE i USA.

119 – w tylu krajach można zjeść BigMaca albo podwójnego Cheeseburgera. Ale w Indonezji nie dostanie się do niego frytek, tylko ryż. Właśnie tak – ryż!

7 – z tylu dań składał się obiad w Ritzu, na który zaprosili nas rodzice Harrisona. Dania typowo chińskie, jedzenie tylko pałeczkami. Nie muszę mówić, że był to póki co najlepszy obiad w Singapurze (nie licząc niezliczonych Subway’ów)

2,5 litra miała na oko gigantyczna butelka Belvedere, która stała w viproomie na wczorajszej imprezie. Wejść tam nie jest trudno – Europejczykowi wystarczy klarowne spojrzenie i pewny krok. A wejść warto – wczoraj w środku mieliśmy za darmo Don Perignon, rzeczoną Belve i Heinekena.

220 km. autostrady powstanie między Strykowem a Pyrzowicami, dzięki umowie podpisanej w zeszłym tygodniu przez GDDKiA. Tak tylko mówię :-)

5 osób złożyło mi życzenia imieninowe. Nic osobistego, wiecie…

2 koguty (jeden – niepokonany od wielu walk i drugi – wyraźnie przerażony na myśl o walce) z nożami przywiązanymi do nóg walczyły ze sobą tuż koło plaży na Bali. Wygrał underdog, a raczej (uwaga, nadchodzi wielki suchar) undercock.

8 czytelników straciłem po powyższym żarcie.

piątek, 23 stycznia 2009

Bali Journal

42 ostatnie godziny streszczam w tej notce. Mało spałem, więc notka może być nieco nieskładna. Najpierw jednak niezbędne wprowadzenie.

19.01.2009 (poniedziałek)
AmericanBoy1 i AmericanBoy2 informują mnie, że chcą jechać na Bali. Następny poniedziałek i wtorek to Chiński Nowy Rok, więc mamy wolne na uczelni, a mieście się nic nie dzieje, bo te dni spędza się z bliską rodziną.
Bilety kosztują 1100 zł. Trochę za drogo jak dla mnie.

20.01.2009 (wtorek)
AB1 i AB2 znajdują bilety za 400 zł. Praktycznie darmo. Kupujemy.
Haczyk polega na tym, że mamy loty o pogańskich godzinach, ale to nam nie przeszkadza. Jedynym problemem pozostają środowe zajęcia na uczelni, które mam razem z AB1 (tutaj obecność jest naprawdę egzekwowana).

21.01.2009 (środa)
6.20 – wstaję
18.30 – wykładowca oznajmia, że przyszłotygodniowe zajęcia są odwołane. Wymieniamy znaczące spojrzenie z AB1, które mówi mniej więcej „Nie wierzę, że mamy takie szczęście!”
Zgodnie uznajemy to za dobry omen. Od tego momentu liczymy 42 godziny streszczane w tej notce.
19.45 – kończę z AB1 (jest w ¼ Włochem) moją pierwszą pizzę w Singapurze. Prawdziwa włoska knajpa tuż koło naszego domu. Pizza 5 serów – droga, ale składniki prosto z Włoch. Raz na miesiąc mogę sobie pozwolić. AB1 jest zachwycony naszą tradycją świętowania imienin (btw, 30.01 – Macieja, Martyny, Teofila)
22.30 – jestem spakowany (dziewczyny tydzień temu stwierdziły, że spakują się pomiędzy imprezą a wylotem i zapomniały nawet szczoteczek do zębów) i wychodzimy na pre-game party do Diego

22.01.2009 (czwartek)
0.30 – impreza przenosi się do klubu. AB2 i dwójka współlokatorów uciekają spać do domu. AB1 idzie do klubu, więc oczywiście idę z nim, choćby żeby dopilnować, że nie przegapimy samolotu. Carlos, rzecz jasna, idzie z nami.
2.50 – klub zapala światło i wyprasza gości (jak zwykle). AB1 rozmawia z CanadianGirl.
2.55 – AB1 rozmawia z CG i odmawia wyjścia z klubu (przypominam, impreza się skończyła)
3.05 – AB1 ignoruje argument o samolocie, który mamy za 3 godziny
3.15 – udaje mi się przepchnąć AB1 i CG bliżej wyjścia
3.20 – jesteśmy na zewnątrz
3.22 – łapię taryfę
3.23 – Carlos odmawia wejścia do taksówki, ale zmienia zdanie, mówi, że mnie kocha i wsiada
3.25 – AB1 i CG kończą rozmowę, ale AB1 odmawia wejścia do taksówki, bo wydaje mu się, że ja z nim nie jadę
3.28 – Carlos grozi taksówkarzowi
3.40 – jesteśmy w domu. AB1 zasypia obok AB2. Ja sprawdzam wyniki rekrutacji na wymianę zagraniczną za rok (wygląda na to, że we wrześniu jadę do Szwajcarii, więc zapraszam na narty. I obiecuję – bloga nie będzie)

3.50 – 4.10 – desperackie próby budzenia AB1 i AB2
4.20 – wychodzimy z domu i mijamy Carlosa, który właśnie się odnalazł
4.44 – taksówkarz ma wyraźnie dosyć monologu AB1
5.40 – jemy śniadanie w Burger Kingu i przez to ledwo zdążamy na Last Call

10.30 – jesteśmy na Bali. Nasz hotel w liczbach:
30 zł. za noc
2 baseny
2 przybasenowe bary (takie, że się siedzi w wodzie)
5 min. od plaży

19.00 – start imprezy All you can eat&drink (jedzenie za darmo 19-22, drinki 20-22)
19.50 – schodzimy na dół
20.00 – zamawiamy pierwszego drinka u Kelnera1
20.03 – zamawiamy drugiego drinka u Kelnera2
20.03 – zamawiamy trzeciego drinka u Kelnera1 (bez obaw, te drinki składały się głównie z soku, a fajnie było, jak ciągle nam coś przynosili)
itd.
21.00 – rozpoczyna się część rozrywkowa
21.10 – wątpliwej urody Azjatki prezentują taniec brzucha
21.20 – kulturyści wprawiają w zakłopotanie większość męskiej publiczności
21.30 – barman pokazuje, co potrafi. A trzeba przyznać, ze potrafi dużo!
21.40 – hit wieczoru! Pani o męskiej fizjonomii prosi jednego z gości na scenę i rozpoczyna swój show. Nie będę go dokładnie opisywał, ale gość był mało asertywny i pozwolił zdjąć sobie koszulę i spodnie oraz włożyć mikrofon w majtki. W tym momencie przeszła mi ochota na jedzenie. Najciekawsze jest to, że to wszystko działo się w hotelu, a przy stolikach siedziało mnóstwo dzieci itd.
22.00 – idziemy do pokoju
22.10 – AB1 i AB2 zasypiają
22.30 – ja też

23.01.2009 (piątek)
00.10 – budzimy się i odzyskujemy imprezowy nastrój
00.20 – każdy puszcza sobie krótką playlistę na ipodzie (moja: Gold digger, Nas is like i Roc boys)
00.50 – jesteśmy w klubie Bounty i poznajemy gwiazdę tutejszego karaoke (takiego na serio – ze sceną, gitarzystą i kapelą). Śpiewa nieźle, ale mówi, że z Indonezyjskiego Idola go wyrzucili
1.10 – GwiazdaKaraoke śpiewa „Don’t look back in anger” i pozdrawia nas imiennie ze sceny
1.30 – do naszego stolika podchodzi tutejszy kaowiec. „You come from Poland? Hahahah, you lost the Second World War!!!”
1.52 – AB1 mówi, że powinniśmy coś zaśpiewać. Odmawiam.
1.59 – kończymy bardzo mierne wykonanie „Under the bridge”. AB1 mówi, że byliśmy super, AB2 mówi, że byliśmy fatalni.
2.10 – pojawiają się groupies. Uciekamy do klubu piętro wyżej.
2.11 – wstęp kosztuje 40 000 rupii. Ale jesteśmy Europejczykami i Amerykanami, więc wchodzimy pewnym krokiem i nikt nas nie zatrzymuje

3.20 – idziemy z AB2 do domu
3.35 – wracamy do hotelu, idziemy na basen. Znak: „Pool closed”. Wchodzimy
3.40 – siedzimy w wodzie przy barze, jemy spaghetti i burgera i jest super. Poznajemy Amerykanina, który mieszka tu od 6 miesięcy i już nauczył się biegle języka
4.10 – wraca AB1. Mówi, że ktoś mu powiedział, że wszystkie Azjatki w klubach są „at work
ok. 5.00 – idziemy spać

11.01 – jako pierwszy z naszej trójki zbiegam na śniadanie, które jest serwowane do 11. Udaje mi się wyszarpać paczkę tostów, trochę masła i dżem.
11.55 – przy śniadaniu oglądamy na żywo jak Orlando Magic pokonują Boston Celtics, a potem idziemy na pierwszą lekcję surfingu w moim życiu
12.20 – pierwsza fala i brak sukcesu. Nasz sufer nazywa mnie Dudek, bo tylko to nazwisko kojarzy z Polską.
12.22 – łapię drugą falę i jestem królem wszechświata. Koniec 42 h opisywanych w tej notce.

wtorek, 20 stycznia 2009

Malaysia - truly Asia

5 – w tyle osób (Lene i Erik z Norwegii, Diego z Meksyku i Carlos) wybraliśmy się na weekend do Desaru w Malezji. Wiza darmo, transport półdarmo, lokal ćwierćdarmo itd. Jedyny minus: wschodnie wybrzeże naszego półwyspu to teraz pora monsunowa, co mnie szczerze mówiąc trochę zaskoczyło. A nawet podwójnie zaskoczyło, bo do matury z geografii uczyłem się zupełnie czego innego! Anyway, monsun najwidoczniej nie polega na tym, że pada cały dzień. W ogóle byłem tam 3 dni i każdy był zupełnie inny pod względem pogody. Tylko jedna rzecz pozostawała niezmienna: wiało. I to mocno.

4 metry miała fala, która podcięła mnie w morzu, a potem bezceremonialnie rzuciła mną o ziemię. Ledwo odnalazłem grunt i nabrałem powietrza, to przyszła następna fala i sytuacja się powtórzyła. Woda była najwyżej do pasa, ale wystarczyło, żeby wybić mi z głowy pływanie. To była chyba mądra decyzja, bo…

1 osoba utonęła w niedzielę rano w naszym ośrodku, przyjechała policja i w ogóle. Więc wiecie – nie ściemniam (chociaż, gdyby tę historię opowiadał m35, w999 albo b130, to fale w niej byłyby przynajmniej 30-metrowe)

1,1 malezyjskego ringgita płacimy za 1 złotego, czyli przynajmniej patrząc na ceny można poczuć się trochę jak w Polsce. Oczywiście, wrażenie pryska natychmiast, gdy się spojrzy na to, za co się płaci.

8.30 – o tej godzinie Chińczycy z domku obok zaczęli puszczać głośną chińską muzykę w swoich samochodach zaparkowanych tuż pod naszymi oknami i ćwiczyć na zewnątrz jakieś sztuki walki. W związku z tym, że byłem jedynym z mojego domku, któremu muzyka przeszkadzała, to dokonałem taktycznego odwrotu na plażę. I nie mam co narzekać. Słońce już grzało a na plaży nie było absolutnie nikogo. No i nie da się ukryć, że wspierała mnie myśl, że w Polsce jest 1.30 w nocy i jest spora szansa, że ktoś z was właśnie przymarzał czekając na taryfę (albo, co gorsza, uczył się do sesji). Propos zimna – moje niedzielne śniadanie składało się z trzech Magnum’ów Almond.

150 ringgitów kosztowało nas wypożyczenie auta, którym zwiedziliśmy okolicę: wodospad (na który się wspinaliśmy pomimo zakazu), fruit farm, „fabrykę” czekolady i wioskę rybacką. Tutaj obowiązkowe spostrzeżenie dotyczące ruchu drogowego: w Malezji teoretycznie jeździ się po lewej stronie, ale ludzie podchodzą do tego przepisu bardzo liberalnie, tzn. jeśli akurat wolny jest jeden z dwóch pasów dla jadących w drugą stronę, to część kierowców jeździ właśnie nim.

50 ringgitów kosztował kilogram kraba w sosie z czarnego pieprzu. Restauracja potraktowała nas jak prawdziwych turystów i zawołała sobie nawet za orzeszki podane przed i chusteczki podane po jedzeniu. Plus 3% opłaty za serwis (który polegał na tym, że grubsza pani bez przerwy przychodziła do naszego stolika, dolewała do szklanek piwa, które stało na stole w butelkach, uczyła nas jeść kraba, kazała myć ręce, a w pewnym momencie [zachęcana przez resztę] po prostu wzięła na widelec kawałek kraba i mnie nakarmiła ku uciesze wszystkich).

35 minut zmagaliśmy się z orzechem kokosowym, zanim udało nam się go zrzucić z drzewa i rozłupać. A wszystko na marne, bo okazało się, że ten orzech był trefny i w środku nie było ani mleka, ani tego białego miąższu. No ale to i tak bardziej emocjonujące niż podbieranie śliwek z ogródka sąsiadów.

34 zdjęcia z Malezji można podziwiać pod tym adresem
http://www.facebook.com/p.php?i=656414344&k=6YC2PX5XPY2MZJBEWJWXP

55 minut trwała moja pierwsza grupowa prezentacja w Singapurze; przez godzinę zapoznawaliśmy parudziesięciu Chińczyków z tematem „Nurturing Inteligent Human Systems: The Nonlinear Perspective of the Human Minds”. Oto próbka naszego tekstu: „In Complex Adaptive Systems, the spaces of order are continuously reinforced by effectively exploiting the innovation and creativity of the spaces of complexity”. Przy okazji odkryłem nowe ulubione angielskie słowo – orgmindfulness (niemieckie – Rinderwahsinn, hiszpańskie – emborracharse, polskie - chyba piwo)

7 najbliższych dni spędzę na Bali. A wszystko za 430 zł. Happy times!

6.20 rano to godzina mojego wylotu z Singapuru. Oznacza to, że jedziemy na lotnisko prosto z cotygodniowej środowej imprezy exchangów.

Raz jeszcze - udanej sesji!

czwartek, 15 stycznia 2009

Yaksiemash!

60 osób (źródło: wstępne szacunki GUS) pojawiło się na wczorajszej Polish Party. Jest to pewien sukces, bo informacja o imprezie była przekazywana głównie pocztą pantoflową. Na pierwszy rzut oka 60 to nie jest porażający wynik, ale nasz salon zdecydowanie nie jest w stanie pomieścić tylu osób.

3 „polskie” atrakcje były przewidziane wczoraj dla gości: wódka (Śliwowica na wejściu i Mięta, ale tylko dla wybranych), kiełbasa (Polish Sausage z naszego marketu, Made in the USA) i my, czyli autentyczni Polacy. Nie da się ukryć, że taka sytuacja jest bardzo korzystna, bo to goście starali się zapamiętać nasze imiona, a w całej imprezie właśnie o to chodziło.

1 litr Grey Goose został przyniesiony przez jedną z Kanadyjek. Wytłumaczyłem grzecznie, że przynoszenie francuskiej wódki, nawet szpanerskiej, na Polish Party to gruby nietakt. Z drugiej strony trochę jej zostało, więc jesteśmy do przodu!

360 paneli-ekranów składa się na Tunnel TV, czyli na najciekawszy zabieg marketingowy w Singapurze. Panele zamieszczone są na ścianie w tunelu metra, a pokazywane obrazy są dostosowane do prędkości wagonów, dzięki czemu uzyskuje się efekt ruchu (coś jak rysowanie minikomiksów na rogach kartek w zeszycie do historii). Muszę przyznać, że robi wrażenie. Nawet specjalnie czekam na odcinek trasy, na którym są te panele.

3 razy w ciągu ostatnich 4 dni byłem w tutejszym gym’ie (swoją drogą, imponująco wyposażonym); oczywiście, przy tutejszej diecie i stylu życia, głównym celem jest utrzymanie wagi powyżej 50 kg.

16 dni wytrzymałem zanim poszedłem pierwszy raz do KFC

12 zł. kosztuje tutaj zestaw z Twisterem (tylko jest trochę inny, oczywiście mniejszy i nie taki smaczny)

6 różnych przedmiotów noszą przy pasku tutejsi stróże prawa. Są to: pałka, telefon, pistolet, coś, co wygląda jak latarka (ale może być paralizatorem) i 2 podejrzanie wyglądające pudełka. Jedno z nich jest tak małe, że nie wierzę, że mieści się w nim cokolwiek większego niż zapalniczka. W każdym razie sprzętu jest tak dużo, że co chudszym Chińczykom brakuje miejsca na pasku, żeby sobie wszystko pozawieszać.

14=43 czyli nie istnieje żaden sposób na oszacowanie wieku Azjatów, a w szczególności Azjatek. Trzeba wierzyć na słowo. BTW, w NBA gra Chińczyk, któremu udało się przekonać wszystkich, że ma 21 lat (żeby dostać wyższy kontrakt), chociaż jest o 3 lata starszy. To tyle, jeśli chodzi o ufanie Chińczykom.

1 telefon z Polski odebrałem póki co. W południe mojego czasu (pamiętajcie: +7) zadzwonili do mnie stęsknieni koledzy. Pozdrowienia dla Rafała, Michała, Adama i Łukasza.

3 najbliższe dni spędzę leżąc na plaży w Malezji. Koszt podróży w obie strony: 50 zł. Don’t hate the playa, hate the game!